środa, 24 października 2012

Delikatny turkus

 Witajcie!

Zauważyłam u siebie ostatnio tendencję do podświadomego wypierania jesieni ze świadomości, co obfituje nie tylko kolorowymi zakupami, ale i makijażem być może niekoniecznie w odcieniach typowo jesiennych... Moja dzisiejsza makijażowa propozycja zainspirowana jest niedawno zakupionym sweterkiem ( a odnosząc się do mojego braku akceptacji jesieni - ze wszystkich możliwych kolorów, a były one raczej stonowane wybrałam ten - najbardziej żywy... ;) )

Mam nadzieję, że Wy też nie dajecie się jesiennej aurze, która ( o zgrozo! ) zgodnie z ostatnimi prognozami może zmusić nas do noszenia grubszych swetrów, a kto wie może i czapek i rękawiczek. Brrr... ;)

Ps. Na jutro przygotowałam recenzję kremu Clarena Stem Cells, który dostałam jako testerka. I aż ciężko uwierzyć mi we własne szczęście - ledwo zalogowałam się na ofemini.pl , pierwszy raz zgłosiłam swoją kandydaturę do testów, a już zostałam wylosowana!  Szczęście o tyle spore, że krem baaardzo przypadł mi do gustu, ale o tym jutro. :)

Ściskam Was ciepło!

Kosmetyki:
  • podkład Rimmel Match Perfection 200 - soft beige,
  • korektor Essence I Stage,
  • puder Maybelline Affinitone 24 gloden beige,
  • bronzer Joko Marrakech Dream dla brunetek,
  • cienie - My Secret, paletka Sleek Curacao, L'oreal,
  • brązowa kredka MIYO,
  • błyszczyk Bell Air Flow,




piątek, 28 września 2012

prostota dnia codziennego.

Witajcie Dziewczyny!


Dzisiaj tak na szybko o makijażu, który idealnie pasuje na dzień. Przynajmniej moim zdaniem, ale co ja tam wiem, jestem uzależniona od mocniejszego oka... ;)
Makijaż nie jest nowy, stworzyłam go kiedyś na poczet pewnego konkursu, ale ponieważ uważam go za fajną propozycję na dzień postanowiłam go wykopać z zasobów pamięci mojego komputera. ;)






Mam nadzieję, że się Wam podoba. Wybaczcie zdawkowość i milczenie, ale od dłuższego czasu walczę z chorobą, która skutecznie wysysa ze mnie całą energię...

Pozdrawiam!

środa, 12 września 2012

bransoletkotwórstwo







Witajcie Dziewczyny!





Dzisiaj nietypowo nie wspomnę słowem ani o makijażu, ani też o żadnym kosmetyku, dzisiaj opowiem Wam, co lubię czasem robić wieczorami. :)
Wszystko zaczęło się jakiś czas temu, kiedy naszła mnie ochota by trochę pokombinować. Rozbroiłam wtedy starą skórzaną kurtkę i orientalną chustę z koralikami na części pierwsze i tak oto powstała pierwsza bransoletka. Spodobało mi się połączenie skóry z metalicznym błyskiem i dzisiaj stworzyłam trzecią już ozdobę w tym stylu. 
Starałam się Wam dokładnie pokazać, jak ją wykonywałam, ale uwierzcie mi jako nowicjuszka w fotografowaniu swoich poczynań trochę się z tym namęczyłam... ;) 
Całą zabawę rozpoczęłam od wybrania materiałów.
Bazą jest oczywiście kawałek starej skórzanej kurtki do którego dobrałam łańcuszek w srebrnym kolorze.
Zszyłam oba elementy ze sobą, przeplatając nić przez oczka łańcuszka.


Spojrzałam na efekt i postanowiłam coś dodać. W ręce wpadł mi kolczyk bez pary z drobnymi łańcuszkami, które z pomocą kombinerek szybciutko od niego odpięłam. 


Cieniutkie łańcuszki różnej długości przyszyłam tak by stanowiły centralny element bransoletki w kolejności od najkrótszego do najdłuższego. Na koniec przyszyłam zapięcie i założyłam na rękę. :)


Na koniec pokażę Wam jeszcze moje dwie poprzednie bransoletki. 
Szczególna sympatią darzę tą ze złotymi koralikami, którą stworzyłam jako pierwszą. :)


Mam nadzieję, że chociaż trochę zainspirowałam Was do własnoręcznego tworzenia biżuterii. To wielka frajda nosić coś, co same wykonałyśmy, a dodatkowo mamy pewność, że jest to unikatowe. 


Pozdrawiam,

Paula.

czwartek, 6 września 2012

niebieski makijaż i zielone liście cudownej rośliny!

Witajcie Dziewczyny!


Przybywam dziś do Was z nowym makijażem, a także z pewną poradą przede wszystkim dla tych z Was, które borykają się z podrażnieniami po goleniu nóg, tak jak i niestety ja... :(

Okazuję się, że jest dla Nas ratunek!
... ale o tym za moment, tymczasem przedstawiam Wam to, co ostatnio zmalowałam. :)

Bardzo lubię kolorowe makijaże, szczególnie tworzyć... ;) ponieważ na co dzień preferuje bardziej neutralny look. Pomyślałam jednak, że póki jeszcze kalendarzowe lato trwa można nasycić powieki niebieskościami i tak też właśnie uczyniłam. ;)

  • podkład L'oreal True Match odcień Rose Vanilla,
  • puder Bourjois Healthy Balance nr 53,
  • puder brązujący L'oreal Glam Bronze odcień dla blondynek, zastosowany jak zwykle jako roświetlacz :)
  • róż Virtual nr 11,
  • paletka Sleek Curacao,
  • pojedynczy cień MIYO matowa biel,
  • eyeliner Golden Rose,
  • czarna i brązowa kredka MIYO,
  • tusz Miss Sporty Pump Up Lash,
  • chińskie sztuczne rzęsy,
  • błyszczyk Wibo z różanej kolekcji,


A teraz czas na wspomniane ukojenie podrażnionych nóg i nie tylko...
Tym cudownym specyfikiem jest żel aloesowy!

Właściwości żelu z aloesu :


Oczyszczające, antyseptyczne, przeciwświądowe, przeciwgorączkowe, odżywcze, nawilżające, rozszerza naczynia krwionośne, oraz posiada właściwości przeciwzapalne i promujące rozrost komórkowy.


Ja po mój żel udałam się do sklepu zielarskiego, zależało mi na jak najwyższym stężeniu aloesu i jak najmniejszej ilości dodatkowych składników.

Żel, który posiadam jest produktem firmy Alter Medica.


Co mówi producent :

Aloe Vera Żel przeznaczony jest do pielęgnacji każdego rodzaju skóry, również wrażliwej. Zawiera naturalne składniki aktywne : wyciąg z aloesu, d-panthenol, allatoninę i glicerynę. Łagodzi stany zapalne i podrażnienia skóry wywołane czynnościami zewnętrznymi i wewnętrznymi. Wykazuje właściwości nawilżające, ściągające oraz regenerujące. Bezwonny, hipoalergiczny, szybko się wchłania, nie natłuczcza skóry.



W spisie działania wymienionym przez producenta czytamy, że żel :
  • łagodzi stany zapalne skóry,
  • niweluje podrażnienia m.in. na skutek golenia, depilacji,
  • przywraca naturalny proces odnowy naskórka,
  • chłodzi, niweluje uczucie pieczenia i świądu po ukąszeniu owadów,
  • łagodzi skutki oparzeń słonecznych,



Moja opinia :

Musze przyznać, że ten żel okazał się moim zbawieniem. Moja skóra bardzo źle reaguje na depilacje i golenie i niestety po każdym takim zabiegu była cała pokryta drobnymi czerwonymi kropeczkami, które m.in. uniemożliwiały mi odsłonięcie nóg tego samego dnia, kiedy doprowadzałam je do gładkości....
Producent proponuje nawet kilka aplikacji w ciągu dnia na wybrane partie ciała, jeśli zachodzi taka potrzeba. Poza podrażnieniami miałam kilka strupków, które nie mogły się wygoić, więc zgodnie z tą sugestią, trzy razy dziennie nakładałam na nie odrobinę żelu. Po kilku dniach stosowania wszystkie niemal zniknęły!
Oczywiście zdążyłam także przetestować żel zgodnie z pierwotnym zamysłem, czyli jako ulgę dla podrażnionych nóg iii... efekt mnie całkowicie zaskoczył!
Zaraz po goleniu pojawili się moi kropkowi (nie)przyjaciele, sięgnęłam po mój specyfik i dosłownie po 5 minutach nie było śladu po podrażnieniach!

Jestem całkowicie oczarowana działaniem tego żelu, dlatego gorąco go Wam polecam.

Ostatnie sugestie :
  • Żel raczej nie nawilży, a jeśli już to bardzo delikatnie. Ma to jednak swoje plusy - z powodzeniem można go nałożyć na twarz jako baza pod makijaż. 
  • Myślę, że aby efekty były naprawdę super ważna jest systematyczność,
  • Jest super wydajny, konsystencja żelu wpływa na łatwość aplikacji, wystarczy niewielka ilość.

A teraz kilka 'parametrów'... ;)

Cena - 12 zł ( nie wiem ile wynosi cena regularna, bo miałam szczęście i trafiłam w moim sklepie na aloesową promocję )

Pojemność - 150 ml

Naprawdę polecam!! :)

I serdecznie Was pozdrawiam!
Do napisania, do przeczytania! :)

Paula :)




piątek, 31 sierpnia 2012


Witajcie!

Przedwczoraj wybrałam się na wycieczkę po sklepach zielarskich w moim mieście ( posiadam jak się okazało całe dwa! ) w poszukiwaniu olejku tamanu. Niestety w żadnej go nie uświadczyłam, więc na pocieszenie zaopatrzyłam się w olejek pichtowy i ze słodkich migdałów  jako bazowy do tego pierwszego, a dodatkowo w wychwalaną maskę Biovax i maseczkę z czerwonej glinki... :)
Jeśli chodzi o olej pichtowy wykazuje on właściwości immunostymulujące (pobudza układ odpornościowy), a także silny wpływ przeciwgrzybiczny, przeciwroztoczowy, jak i przeciwbakteryjny. Mnie zależy na tej ostatniej właściwości, olej ma pomagać w walce z wągrami i rozszerzonymi porami. Pomyślałam sobie, że może warto wypróbować alternatywę naturalną, zamiast tych wszystkich Garnierowskich i nie tylko 'czystych skór', które bywa, że straszą składami...
Bardzo zainteresowała mnie maseczka z glinki czerwonej szczególnie, że już od dłuższego czasu stosuję tę Ziajowską. I znów pomyślałam o bardziej naturalnym wyborze i samodzielnym tworzeniu maski.

Na opakowaniu czytamy : maska z glinki czerwonej firmy CATTIER, konfekcjonowana przez firmę AFP w Polsce.

Opakowanie zawiera dwie paczuszki po 10g.

Cena 5,50 zł

Wskazania do zabiegu :  
  • cera tłusta, mieszana wrażliwa z problemami naczyńkowymi,
  • skóra wrażliwa z utratą jędrności,
  • skóra zniszczona i przesuszona,
  • dla kobiet i mężczyzn w każdym wieku,
Działanie: 

  • neutralizuje wolne rodniki,
  • redukuje zaczerwienienia i podrażnienia,
  • pobudza mikrocyrkulację,
  • oczyszcza skórę z toksyn,
  • napina i odpręża skórę,
  • długotrwałe głębokie nawilżenie i wzmocnienie,
  • ochrona DNA i wzmocniona odporność immunologiczna skóry,
  • przeciwdziałanie starzeniu skóry,
  • poprawa napięcia i kolorytu,
Proponowany przez producenta czas kuracji -  seria minimum 6 zabiegów raz w tygodniu, a następnie dla podtrzymania efektów raz w miesiącu.

Moje spostrzeżenia :

Uradowana zaraz po powrocie z zakupów przystąpiłam do działania.
Najpierw dokładnie oczyściłam twarz, następnie zabrałam się za tworzenie maski. Na opakowaniu zaproponowane jest rozrabianie proszku z dowolnie wybranymi olejkami i wodą. Ja użyłam oleju ze słodkich migdałów. Co ważne producent proponuje zużycie jednej saszetki na jedną aplikację, ale moim zdaniem połowa w zupełności wystarcza. Do połowy zawartości saszetki dodałam łyżkę oleju i tyle samo wody. Wymieszałam na jednolitą masę i nałożyłam na twarz.

Kolor jest znacznie intensywniejszy niż w przypadku maski z czerwoną glinką od Ziaji ( co od razu daje do myślenia na temat tego ile tak właściwie jest tej glinki w maseczce ). 
Zalecany czas trzymania maski na twarzy to około 15 minut. I tu uwaga! Należy pamiętać by maski nie doprowadzić do wyschnięcia, o co wcale nie trudno, bo już po 5 minutach czuć jak się zsycha. Ja by temu zapobiec spryskiwałam twarz wodą z buteleczki z atomizerem.

Po 15 minutach... 
Zmywanie nie jest trudne, twarz bardzo szybko staje się czysta, a dodatkowo zyskujemy :
  • ładniejszy koloryt skóry,
  • delikatne nawilżenie,
  • uczucie czystej skóry,
  • zero błyszczenia, zdrowy mat
Postaram się używać jej regularnie i dam Wam znać czy efekt jest warty sześciodniowego straszenia domowników ( tak, moja mama się mnie wystraszyła... ;) )



środa, 29 sierpnia 2012

błyszczący kącik.

Witajcie Dziewczyny!





Tytuł ma się tak samo do makijażu, jak i mojego obecnego nastroju...

Wczoraj skarżyłam się Wam na kradzież mojego kota i chyba dopiero dziś dotarło do mnie, że faktycznie go nie ma i raczej już nigdy nie będzie. I chociaż moja kocica pocieszyła mnie nowym 'narybkiem' to czuje się rozdarta i szczerze mówiąc jest mi po prostu smutno.
Chciałam oderwać myśli oglądając film i repertuar wybrałam sobie wprost brawurowo sięgając po 'ukamienowanie Sorayi M.', który trudną tematyką spowodował kolejne iskrzenie kącików... ( Szczerze polecam Wam ten film, poszerza horyzonty, opowiada prawdziwą historię i szokuje, że ukamienowanie nadal stanowi karę w wielu miejscach na świecie. )
Ostatecznie sięgnęłam po pędzle i oto efekty.







Kosmetyki, których użyłam:

  • podkład Bell Skin Correction System odcień Cappucino zmieszany z Affinitone Sand Beige ( jak większość z Was ruszyłam na Biedronkowe polowanie i z czystej ciekawości za kolosalną sumę 5 zł kupiłam ten podkład... ;) )
  • puder Hean Illumination w kolorze brzoskwini
  • róż Virtual 02
  • bronzer MF
  • kredki brązowa i czarna MIYO,
  • cienie Sleek Curacao
  • złoty cień w kremie Virtual,
  • tusz Miss Sporty Pump Up Lash
  • błyszczyk Bell Air Flow 






A żebyście nie myślały, że jestem tylko narzekającą sztywniarą...
'tapetowanie' w wersji zdystansowanej... ;)



Ps. a tak wygląda mój kotek pocieszacz. Wykapana panda! 


wtorek, 28 sierpnia 2012

Witajcie!

Po raz kolejny obiecywałam sobie znalezienie czasu w ciągu dnia na zmalowanie i sfotografowanie czegoś dziennego w dziennym świetle, wszyło z tego tyle, że znów stawiając na kolor malowałam wieczorem... ;)
To taka wariacja na temat koloru w tendencji nieco orient, bo tak się składa, że do orientu żywię wielki sentyment.














Kosmetyki: 
  • podkład Rimmel 
  • wake me up 203
  • puder Hean Illumination 6-brzoskwinia
  • bronzer Joko Marrakech dream dla brunetek
  • cienie Sleek Curacao i Oh So Special
  • czarna kredka Deborah
  • czarny eyeliner Essence
  • szminka Avon, odcień nude glitz





Dzisiejsze malowanie było malowaniem odciągającym myśli, bo po cudownym weekendzie, teraźniejszość dnia nieweekendowego przyniosła zaginięcie mojego ukochanego kota. Gwoli ścisłości nawet nie zaginięcie, co uprowadzenie! ( już kiedyś wrócił do domu wypachniony jakimiś perfumami) I szczerze mówiąc nie tylko nie mogę się z tym pogodzić, ale i nie rozumiem jak można zabrać komuś pupila, który chociaż nie nosi obróżki zdecydowanie wygląda na kota, który posiada właściciela...



środa, 22 sierpnia 2012

Witajcie Dziewczyny!





Mam nadzieję, że u Was również świeciło dziś słońce, którego wszyscy pragniemy tak zachłannie, szczególnie teraz kiedy lato powoli dobiega końca... U mnie grzało i to porządnie, a to przez większą część dnia sukcesywnie odbierało mi ochotę na nakładanie czegokolwiek na twarz. Na szczęście wieczory stają się coraz chłodniejsze, przez co i chęci na malowanie wracają... ;) 



Chcąc nadrobić braki w makijażu przez cały długi dzień postawiłam na coś mocniejszego i z racji nadal trwającego lata kolorowego. 
Ps. Zdjęcia z lampą nie są najwyższych lotów, za co z góry przepraszam...

Kosmetyki :

  • podkład L'oreal Lumi Magique W5,
  • puder Maybelline Affinitone odcień 03,
  • bronzer L'oreal Glam Bronze dla blondynek, którego ja używam jako roświetlacza,
  • bronzer MF odcień 01 Golden,
  • cieni z paletki Sleek Curacao,
  • czarnej kredki MIYO,
  • eyeliner Golden Rose Metallic czarny,
  • tusz MF 2000 calories,
  • szminka L'oreal Color Riche Neonic Orange,







wtorek, 21 sierpnia 2012

Rajstopowe wojny. ;)

Witajcie Dziewczyny!

Mimo ogromnych chęci, by ruszyć z blogiem 'z kopyta', ponad miesięczny brak internetu uniemożliwił mi działanie. Na szczęście już wszytko pod kontrolą, a z tej okazji mam dla Was porównanie dwóch produktów koloryzujących nogi, czyli tzw. rajstop w sprayu.
Jako że z natury jestem bladolica i ciężko jest mi się opalić, a dodatkowo nie lubię wylegiwać się na słońcu produkty tego typu to moja deska ratunku, kiedy chcę by nogi kusiły letnią opalenizną. :)




Pierwszy produkt to Sally Hansen Airbrush Legs.

Opakowanie. Tu w zasadzie niewiele mam do powiedzenia, poza jedną drobną uwagą - zatyczka! Jest fatalna, nie trzyma się opakowania przez co kilka razy odłączyła się, kiedy spray miałam w torbie. Na szczęście spray nie zdążył 'fuknąć', nawet nie chce myśleć jak wyglądałyby moje ubrania, które spakowałam na weekendowy wyjazd...



Kolor. Ja wybrałam medium, na pierwszy rzut oka jest dość ciemny, jednak ja zawsze dzień przed użyciem sprayu wspomagam się samoopalaczem, przede wszystkim po to aby kolor nóg nie odcinał się od reszty ciała. Po rozprowadzeniu stapia się ze skórą, ma też widoczne w słońcu bardzo delikatne drobinki ładnie rozświetlające skórę. Plus za naprawdę dobrą pigmentację w efekcie czego niewielka ilość daje zadowalający efekt.
Konsystencja. Lekka mgiełka, która przyjemnie otula nogi, nie brudząc niczego wokoło.
Trwałość. Aplikacje produktu staram się zacząć dopiero kiedy mam pewność, że uprzednio wsmarowany balsam dobrze się już wchłonął ( w przeciwnym razie efekt będzie znikomy, bo rajstopy nabiorą za dużego poślizgu i pojawią się smugi ). Jeśli zastosuję się do swojej reguły po kilku minutach mogę się spokojnie ubrać, uważając jednak nadal by przy mocniejszym tarciu nie ubrudzić ubrań. Efekt utrzymuje się cały dzień. Opaleniznę zmywamy bez większych problemów, chociaż mnie nadal przeraża widok pomarańczowej wody.. ;)
Wydajność. Kilka razy aplikowałam go na całe nogi, myślę, że zostało mi jeszcze około 1/3 opakowania. Jest zdecydowanie bardziej wydajny niż produkt o którym napiszę Wam za chwilę.

Pojemność. 75 ml

Cena. Bardzo zróżnicowana. Ja za swoje opakowanie dałam 28 zł ( kupowałam je w perfumerii PaaTal ), ale widziałam także za ponad 50 zł w Douglasie.

Słowem podsumowania - dobry produkt, warty polecenia, jeśli nie lubimy/nie możemy się opalić, a mamy ochotę pokazać ładne opalone nogi.


Drugi w kolejce jest produkt w7 Tights in a Tin.


Opakowanie. Ten sam problem, co z Sally Hansen - niesforna zatyczka!


Kolor. Nieco ciemniejszy chociaż i tu postawiłam na odcień medium. Niestety wpada on mocniej w pomarańcz i daje nieco sztuczny efekt.
Konsystencja. Lekko wodnista, trudniej aplikuje się spray na nogi, dodatkowo szybko zasycha więc trzeba się spieszyć w rozsmarowywaniu, bo w przeciwnym razie pojawią się smugi...
Trwałość. Podobna do Sally, tu również należy uważać na silniejsze pocieranie, bo można nabawić się jaśniejszej plamy. Pod koniec dnia mogą pojawić się niewielkie zabrudzenia na ubraniu, szczególnie jeśli przylega ono do ciała.
Wydajność. Opakowanie jest większe, a mimo wszystko spray zużywa się szybciej, by osiągnąć zadowalający efekt należy nałożyć go solidniej niż pierwszy. Myślę, że spowodowane jest to konsystencją, a także samym atomizerem, który pyli szerzej, ale 'byle jak'.

Pojemność. 125 ml

Cena. 14 zł w perfumerii PaaTal.

Słowem podsumowania. Jeśli wahacie się między tymi dwoma produktami, polecam Sally Hansen. W7 mimo niskiej ceny, zostało znokautowane w tym pojedynku, najbardziej za odcień i wydajność. Lepiej dopłacić i cieszyć się naprawdę udanym produktem.

Na koniec jeszcze jedno starcie rajstop... ;)

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Kolorowo!

Witajcie Dziewczyny!
Nie da się ukryć, mamy już lato. Wprawdzie, co kilka dni następują drobne przerwy w dostawie słońca, ale tak, to już pewne, nadeszło lato. Z tej okazji postanowiłam zmalować coś, co świetnie zda egzamin na wakacyjnej imprezie i tchnie w nasze twarze maksimum radości i koloru. 
Jestem właśnie na etapie poszukiwania idealnego podkładu na te gorące dni i trochę bije się z myślami kupując raz matujący w nadziei, że dłużej utrzyma się na twarzy, innym razem rozświetlający, którego drobinki drażniące mnie zimą, latem są do zaakceptowania.
Dziś wybór padł na rozświetlenie, którego sprawcą jest L'oreal Lumi Magique i chociaż nie planuję go w tym wątku obszernie recenzować, chce się z Wami podzielić moimi spostrzeżeniami... Zacznijmy od tego, że bez bicia przyznaję się, że momentami jestem ofiarą reklam. Oglądam w telewizji jak to pięknie Lumi Magique rozświetla i stapia się ze skórą na twarzy pięknej modelki i już mam ochotę przywitać go w mojej kosmetyczce. Kupując cieszę się jak dziecko i najchętniej tuż po wyjściu z drogerii chcę przetestować nowe cudo. Wracając jednak do sedna sprawy, sytuacja ma się następująco - wracam wreszcie do domu i rozpoczynam testowanie, pierwszy plus za kolor, który udało mi się dobrać niemal idealnie, drugi za krycie, które jest średnie czyli to co trzeba kryje, ale nie tworzy maski i trzeciego plusu nie będzie, bo następuje zdziwienie - ja rozumiem, że podkład ma rozświetlać, ma zresztą delikatne drobinki, ale moja twarz sie po prostu świeci! i to świecenie nie wygląda jak rozświetlenie, bardziej jak tłusta skóra. Tu stawiam pytanie skierowane do Was - miałyście do czynienia z tym podkładem? Czy na Waszej skórze efekt był podobny? Oczywiście istnieje z tej sytuacji ratunek, który w moim przypadku sprawdził się idealnie - puder matujący, ale jaki sens ma nakładanie pudru matującego na podkład rozświetlający... ?

I wracając do początku, czyli kolorowego makijażu...
... do jego wykonania użyłam :
  • podkładu L'oreal Lumi Magique W5,
  • korektora L'oreal Touche Magique,
  • pudru Rimmel Stay Matte,
  • różu Virtual nr 11,
  • cieni z paletki Sleek Curacao i pojedynczych cieni Essence,
  • brązowej kredki MIYO,
  • czarnej kredki Deborah,
  • eyelinera Golden Rose Metallic w kolorze czarnym,
  • tuszu MF 2000 calories,
  • błyszczyka Wibo z różanej kolekcji nr 01,
  • iii chińskich sztucznych rzęs ;)





piątek, 15 czerwca 2012

Pierwsze koty za płoty!

Długo zbierałam się do założenia bloga, zastanawiałam się czym mogłabym się z Wami podzielić i postanowiłam w tym jednym miejscu połączyć kilka elementów. ( Czy Wy też miałyście taką tremę podczas pisania pierwszego postu? Ja dosłownie nie mogę zebrać myśli! )
W mojej makowej przestrzeni już niebawem znajdziecie sporo o makijażu, od wielu lat ćwiczę tą skomplikowaną sztukę upiększania na mojej twarzy, a skoro będę Wam pisała i pokazywała, co zmalowałam to niewątpliwie nie omieszkam też wspomnieć słowa o kosmetykach, których używam, zarówno do makijażu, jak i codziennej pielęgnacji. Poza tym jestem wielką miłośniczką gotowania, więc co jakiś czas możecie liczyć na jakiś smakowity przepis. Chciałabym się z Wami dzielić również pomysłami jak zrobić coś z czegoś ( niestety wyższy poziom magii - coś z niczego dopiero trenuję. ;) ), pokażę Wam jak przerobić stare ubrania, jak stworzyć oryginalną biżuterię, kto wie, może znajdzie się również coś do domu.
Mam bardzo dużo pomysłów i wielki zapał, mam nadzieję, że przyjmiecie mnie tu z otwartymi ramionami, ja dołożę wszelkich starań by miło się mnie czytało.

Pozdrawiam!